Ewa

Teatr Witkacego-uwielbiam!
Są lata 90-te. Ja i moja przyjaciółka od dawna jesteśmy zagorzałymi miłośniczkami Teatru Witkacego. Po występach Teatru w naszym mieście –Elblągu do uwielbienia samego Teatru dołączyło jeszcze jedno gorące uczucie- stałyśmy się absolutnymi fankami pana Piotra Dąbrowskiego. Z wypiekami na twarzy oglądałyśmy kolejne spektakle z jego udziałem, ale nasze serca skradł nieodwracalnie jako Proctor w „Czarownicach z Salem” Arthura Millera”…Ach, pan Piotr….
I oto mija kilka miesięcy, dowiadujemy się, że Teatr Witkacego będzie występował w Gdańsku, w klubie „Żak” . Decyzja była szybka i jednoznaczna-jedziemy! Tym bardziej, że „Czarownice z Salem”…Piotr Dąbrowski… Z wrodzoną nam odrobiną szaleństwa i surrealistycznego postrzegania świata postanawiamy, że tym razem MUSIMY wyznać panu Piotrowi nasze uwielbienie ,przekonać go ,że w każdym zakątku kraju są ludzie, którzy go kochają i doceniają…ale jak to zrobić? Po namyśle zdecydowałyśmy się …upiec mu ciasto. Ale nie byle jakie ciasto. Miał być to- mazurek. Mazurek, na którym, po upieczeniu umieściłyśmy ogromne, wypisane lukrem litery: ”Mazurek Dąbrowskiego”.
Udało się nam wręczyć mazurek jeszcze przed spektaklem, podczas prób…pan Piotr wydawał się zaskoczony ,ale też rozbawiony…Do tego stopnia, że w trakcie spektaklu, gdy siedziałyśmy-jakżeby inaczej!- w pierwszym rzędzie, na nasz widok nie mógł powstrzymać rozbawienia i parskał cicho śmiechem….w kontekście powagi tej sztuki być może niezbyt stosownym…
Po kilku tygodniach napisałyśmy do pana Piotra maila, z pozdrowieniami oraz prośbą o pozdrowienie kolegów z zespołu. Otrzymałyśmy szybką odpowiedź: ”Dziękuję za pozdrowienia. stop. Kolegów nie pozdrowię, bo zeżarli mi mazurka. stop”.

Uwielbienie do teatru Witkacego pozostało i trwa, mimo, że Piotr Dąbrowski nie jest już w jego zespole. W moim domu na ścianach wiszą plakaty ze spektakli Teatru ,portrety Witkacego. Pasją zaraziłam też córkę, która z wypiekami na twarzy, jeszcze jako nastolatka czytywała „Narkotyki-niemyte dusze”, „W małym dworku” i nie wiem do końca, czy to nie dzięki Witkacemu zaczęła malować obrazy….

Śląc serdeczne, gorące pozdrowienia, wyrazy uwielbienia i czci, przekazuje w załączniku tekścik dotyczący jednego z wielu wspomnień o Teatrze Witkacego.

I serdecznie pozdrawiam!
Ewa 

Z Notatnika Teatralnego Laika

„Gwizdek – czyli… jak nie zostałem aktorem”

Od kilku lat, wraz z żoną, tak planujemy wszelkie wyjazdy, aby przy okazji załatwiania różnych spraw można było obejrzeć jakieś spektakle teatralne. Tak jest również w trakcie planowania i realizacji urlopów letnich. Jeden z nich mógł okazać się przełomowym – opisywane zdarzenie miało miejsce 3 września 2010 roku.
Jak zwykle po intensywnie spędzonym dniu postanowiliśmy pójść do teatru. I tu pierwsza niespodzianka… Spektakl odbywał się nie w teatrze, a w jednej z tutejszych instytucji edukacyjnych. Cóż, nie pierwszy to raz, gdy teatr nie dysponując odpowiednio pojemną salą wynajmuje takową. Nie trudno wszakże w dużej lub średniej wielkości mieście ( a w takich przeważnie działają teatry ) o jakąś szkołę, w której jest jakaś większa sala szumnie zwana aulą. Następnie wszystko odbywało się prawie normalnie – sprawdzenie biletów, szatnia i oczekiwanie w „foyer” na rozpoczęcie przedstawienia. Po zaproszeniu na salę … kolejne zaskoczenie. Każdy wchodzący otrzymywał długi, szeroki, szary szal (może to była narzuta). Rozumiem … budynek nie jest własnością teatru, wieczory wrześniowe bywają już chłodne, po co inwestować w ogrzewanie, lepiej każdemu widzowi wręczyć jakieś ciepłe okrycie.
Gdy widzowie usiedli na widowni, kolejne zaskoczenie – do kilku osób podeszli sympatyczni panowie i wręczyli im kartki z ( jak się okazało ) wierszami. Wytłumaczyli, że w odpowiednim momencie osoby te zostaną poproszone na scenę i ich zadaniem będzie odczytanie we właściwej kolejności tego co było napisane na kartce. W tym momencie zacząłem nawet myśleć, że w tym teatrze nie mają wystarczającej ilości aktorów??! Zdziwienie szybko minęło, gdyż okazało się, że jedną z wybranych osób byłem ja. Następna myśl – przecież to może być wyborna okazja – pierwsza rola i od razu mówiona. Nie wiadomo kto siedzi na widowni. Słyszałem, że w tym teatrze często bywa taki miły pan z telewizji, który mądrze mówi o teatrze. Może taki zauważy, powie dobre słowo…
W tym momencie przyjrzałem się otrzymanej kartce i … stwierdziłem, że w zasadzie nic nie widzę ( a raczej widzę jakieś rozmyte wyrazy ). I zrozumiałem, przecież nie zabrałem okularów. To przez taką głupotę, cała ewentualna „kariera” ma pójść na marne. Pomyślałem - człowieku musisz dać radę. Odsunąłem kartkę i udało mi się odczytać pierwszy wers. Leciało to jakoś tak: „Gdy byłem małym dzieckiem…” i w tym momencie brakło mi ręki – dalej już się nie da odsunąć kartki. Trudno – pomyślałem – najwyżej pojadę Breackautami:
„Kiedy byłem małym chłopcem hej, przyszedł ojciec i tak do mnie rzekł.. ”. Może nikt nie pozna…

Dalszej części niewiele pamiętam – nie, nie zjadła mnie paraliżująca trema, po prostu spektakl był tak ciekawy ( wraz z niesamowitą muzyką ), że niemal zapomniałem co mnie czeka. Aż nadszedł kulminacyjny moment. Miły pan dyskretnie dał znak, że to już pora i ustawiono nas w rzędzie na scenie. Przed nami na takim stołku – niby tronie – siedział aktor grający króla ( czy jakiegoś innego władcę ), słuchał co mu mają do powiedzenia (przeczytania) widzowie – aktorzy. Ja miałem być ostatni. Ów król miał gwizdek i dawał nim znać kiedy mu się już nie chciało słuchać. Zwykle trwało to nie dłużej niż dwa słowa na osobę – widz czyta dwa słowa, gwizdek, czytający odchodzi na bok, następny czyta itd. Wreszcie nadeszła moja kolej – oddałem władcy należny pokłon, nabrałem powietrza i zacząłem: „Gdy byłem małym dzieckiem…” ( hura aż 4 słowa ) - oczywiście gwizdek i komentarz króla ( coś w tym sensie ) – „cóż mnie może obchodzić dzieciństwo jakiegoś idioty” ( a propos idioty to ten cały król także nie wydawał mi się do końca normalny ). Chciałem jeszcze powiedzieć: „ależ ja jeszcze nie skończyłem”, ale już poproszono mnie o zajęcie miejsca na widowni. Gdy tak siedziałem stwierdziłem z ulgą, że ten gwizd to była najlepsza rzecz jaka mnie mogła spotkać. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę miejsce na widowni jest tym, które w teatrze lubię najbardziej. Stąd mogę oglądać niejednokrotnie wielkie kreacje w (często) świetnych przedstawieniach i niech tak już zostanie.

Na koniec kilka zdań wyjaśnienia:

1. Oczywiście opisywanym przedstawieniem był: „Caligula” Alberta Camusa wyreżyserowany w zakopiańskim Teatrze Witkacego przez Andrzeja Dziuka
2. Tym, który mnie „wygwizdał”, był kreujący tytułową rolę Krzysztof Łakomik
3. Przejmującą muzykę do spektaklu napisał i wykonał Pan Tomasz Stańko
4. Oczywiście teatr posiada już po remoncie wspaniałą scenę i właśnie na niej mieliśmy okazję ponownie ( już w spokojniejszej atmosferze ) obejrzeć ten spektakl w dniu 10 sierpnia 2013 roku.
5. Oglądając czasami spektakle teatralne, a w nich grę niektórych aktorów, myślę sobie – szkoda, że na ich drodze nie pojawił się jakiś Kaligula i w odpowiednim momencie nie zrobił użytku z gwizdka. Uwaga - nie dotyczy Teatru Witkacego!!!
6. W końcu – tak na wszelki wypadek na każdym przedstawieniu teatralnym mam w kieszeni okulary

Dariusz  

 

Fundacja Witkacy powstała, aby wspierać Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Jej główne działania to: