A A wersja kontrastowa wersja normalna

Jaga Siemaszko 1954 - 2017

JAGA SIEMASZKO – SZKIC

Dlaczego szkic, skoro mówię (piszę) o osobie tak wypełnionej, wręcz nasyconej tyloma barwami?
Ponieważ szkic to początek. To zaledwie zarys tego, co ma nastąpić, co jeszcze wielokrotnie można zmieniać.
Szkic, bo dla aktora każde zetknięcie z nowo napotkaną postacią, to jak rozpoczynanie życia, od pierwszego krzyku, kiedy powietrze nieznanego świata rozrywa nam płuca.
Wreszcie szkic, bo każdy to dzieło jakim jest człowiek, widzi na swój jedyny i niepowtarzalny sposób.
Dwie rzeczy stanowią wspólny mianownik naszego bytowania na tej małej (w porównaniu z wszechświatem) kulce zwanej ziemią.
Początek i koniec.
To pierwsze napawa nas optymizmem i nadzieją.
To drugie przeszywa serce bólem.
Tak. Boli mnie bardzo, że Jaga, na którą czekało tyle wyzwań artystycznych, nagle opuściła ten padół.
Był rok 1996 – ty. Jaga, to była pierwsza osoba, którą zobaczyłem w prologu spektaklu „Katzenjammer”. Przechadzała się jako Lucyna Beer, pełna gracji i tajemniczego uroku, z niesamowicie rozświetlonymi oczami. Tych oczu, tego spojrzenia, będącego melanżem wszystkich najlepszych uczuć, będzie mi na zawsze brakować.
Pomyślałem wtedy: „To jest dama”.
Miała to coś, czego nie można się nauczyć. Klasę w byciu, w słowie, które nigdy nie zahaczyło o wulgaryzmy, czy prymitywizm. Wyglądała tak, jakby unosiła się parę centymetrów nad ziemią.
Każda dotknięta przez nią rola, nabierała niesamowitej wyrazistości. Z jednej strony delikatnie kreślona, tak, by w żadnym momencie spektaklu nie skłamać, z drugiej mocna, wręcz drapieżna.
Ta dwoistość sprawiała, że każda chwila na scenie objawiała się feerią najróżniejszych barw. Głęboko zapadająca w pamięć była jej Tituba w „Czarownicach z Salem” w reżyserii Andrzeja Dziuka. Była to rola z tych, co znajdują się na pograniczu życia i teatru. Tego, co na niby z tym, co naprawdę. Rozedrganie zaszczutej przez otoczenie kobiety, odczuwało się patrząc na nią, na własnej skórze. Jej emocjonalność była wręcz namacalna. Potrafiła w niesamowity sposób używać głosu, który pomimo warsztatu, sprawiał zawsze wrażenie naturalnego, można by rzec ateatralnego, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Historia Zośki Wariatki w spektaklu „Panotpticum” w jej wykonaniu zawsze kończyła się burzą braw. Potrafiła tak pięknie wciągnąć widzów w świat nieszczęśliwie zakochanej, odrzuconej dziewczyny, że przez kilkanaście minut ludzie wstrzymywali oddech, by nie tylko z uwagą wysłuchać jej opowieści, ale by śledzić każdy gest, drgnienie, oddech. W tej scenie traciła siebie (oczywiście, że świadomie) i stawała się tą drugą. To była Zośka. W swej śmieszności, bezradności i tragizmie. Wołająca niemym krzykiem o pomoc.
Odejdźmy jednak na chwilę od teatru, bo choć mówimy o aktorce, bez wątpienia wyjątkowej, to przecież Jaga była przede wszystkim Jagą.
Z kimkolwiek bym nie rozmawiał, ze wszystkich ust powtarzało się: „pełna ciepła”, „pełna uśmiechu”, „pełna piękna” (to ostanie chyba najczęściej). Tak można by najkrócej opisać Jagę.
Najkrócej nie znaczy pobieżnie, bo któż z nas nie chciałby aby tak piękne epitety opisywały naszą osobę. Ci, którzy żyli z nią bliżej, dodaliby z pewnością jeszcze jedno określenie, ale jakże trafnie oddające jej osobowość.
Kolorowa.
Nie mówię tu tylko o wielobarwności jej duszy, choć to na pewno wyróżniało ją na tle innych ludzi.
Chcę wspomnieć o tym, że była mistrzynią stylu, która z taką klasą i odwagą dobierała kolory, iż patrzyło się na nią, jak na najpiękniejszego motyla.
Żółcienie, fiolety, brązy, niebieskości, zielenie. Wszystko rewelacyjnie współgrające ze sobą, z porą roku i jej aktualnym nastrojem. Kiedy patrzyło się na Jagę, wszystkie smutki i zmartwienia, przynajmniej na chwilę usuwały się w kąt, ustępując miejsca pogodzie ducha i uśmiechowi. Zarażała swoją siłą i optymizmem, zawsze dążąca do celu z wytrwałością i uporem godnym jej zodiakalnego Barana. Jaga to kobieta, która na nowo zdefiniowała dobę. Zawsze miała czas dla każdego, kto o ten czas ją poprosił. Zawsze gotowa wysłuchać, zawsze gotowa poradzić i nigdy nie bojąca się o radę poprosić.
Los sprawił, że szczególnie w ostatnich spektaklach byłem blisko niej na scenie, aż w końcu w „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki w reżyserii Agaty Biziuk, miałem wielką przyjemność zostać jej synem. Był to związek trudny, bo i matka grana przez Jagę była trudną personą. Hektolitry tekstu, obwiniającego syna o wszystko, o co tylko można człowieka obwinić, wlewały się przez uszy do mojej głowy. Tembr głosu, który sobie wymyśliła do tej postaci i natarczywość, sprawiały, że wielokrotnie chciałem albo uciec, albo ją udusić. Majstersztyk pod każdym względem.
Ileż wspólnych spektakli, wyjazdów, prób po blady świt, wieczorów po spektaklach, rozmów istotnych i tych istotnych mniej. Wino, śpiew i taniec. Nie sposób tego wszystkiego zliczyć, a jednak wciąż za mało i chciałoby się więcej.
Słyszę dokładnie jej słowa w spektaklu „Halny – niebezpieczne sny” w reżyserii Andrzeja St. Dziuka, które przebijały się przez wszechogarniającą muzykę Józefa Skrzeka i jego przyjaciół. Słowa pełne mocy i wiary w życie.
„Ja nie chcę umierać! Ja wcale nie chcę umierać!”
W naszej pamięci będziesz zawsze żywa i pełna energii, mogącej zmieniać świat.

Kiedy to piszę, od momentu odejścia Jagi minęło kilka dni. Dni pełnych buntu i niezrozumienia.
Za wcześnie. Bez sensu.

Titubo, Wiedźmo z Makbeta, Korowiowie, Pani Stöhr, Gertie, Zośko Wariatko, Romantyku – Szatanie, Pani Zadarlecka, Eremito, Pani Hitz, Mamo i wszyscy inni, którzy dzięki Jadze żyliście...

Żegnajcie.

A Tobie, która ich stworzyłaś i nas tworzyłaś lepszymi ludźmi...

Dzięki.
Andrzej Bienias

Zapisz się do naszego Newslettera Bądź na bieżąco

Zapisując się do Newslettera wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych przeze mnie danych przez Teatr im. St. I. Witkiewicza z siedzibą w Zakopanem (34-500), ul. Chramcówki 15 (dalej: Teatr) w celu otrzymywania newslettera z informacjami o działalności Teatru. Zobacz więcej...