A A wersja kontrastowa wersja normalna

Sonata B

Sonata B foto Wojciech Plewiński

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Premiera 8 stycznia 1989 na Dużej Scenie

Obsada

  • opracowanie tekstu, scenografia i reżyseria Andrzej St. Dziuk
  • muzykaJerzy Chruściński

wystąpili

  • Babcia Julia: Dorota Ficoń
  • Krystyna Ceres (Czeresz): Marta Szmigielska
  • Istvan Szentmichalyi (Sentmichalyi): Piotr Dąbrowski
  • Hironim baron Szakalyi (Szakalyi): Piotr Sambor
  • Teobald Rio Bamba: Andrzej Jesionek
  • Joachim Baltazar de Campos de Baleastadar: Krzysztof Najbor
  • Hilda Fajtcacy (Fajtczaczy): Karina Krzywicka
  • Lokaj I: Lech Wołczyk
  • Lokaj II: Stanisław Ziemianek
  • Ciotka Istvana: Iwona Romanówna

muzycy

  • Piotr Wojtasik (trąbka)
  • Wojciech Niedziela (fortepian)
  • Jacek Niedziela (kontrabas)
  • Jerzy Chruściński (instrumenty perkusyjne, fortepian)

Muszę wybierać więc między życiem a sztuką?
To piekło myszką trąci...
Boże ratuj!

Wystawienie w 1989 roku niezwykłej, utrzymanej w klimacie Witkiewiczowskiej dziwności Sonaty Belzebuba, pierwszego utworu mistrza traktowanego poważnie, bez parodystycznych igraszek – wydaje się naturalną konsekwencją duchowych rozterek co do ważności w ludzkich wyborach estetyki i etyki. Sonatą b... (jak zatytułowano spektakl na Chramcówkach), która powszechnie uważana jest dotąd za swego rodzaju wizytówkę teatru, a po części za wyraz jego artystycznej misji, teatr określił w dużej mierze racje swego istnienia, stawiając we własnym sumieniu pytania, ku którym skłaniała zaborczość wielkiej Pani Sztuki. Czy tak uprzywilejowana wartość nie obróci się we własne przeciwieństwo? Oddać się sztuce to ofiarować duszę Bogu – czy diabłu? Za jaką cenę i z czyjej inspiracji powstają arcydzieła? Były to dylematy pierwszorzędnej wagi dla artysty, lecz – można by spytać – cóż one obchodzą publiczność? Spytajmy inaczej: co w sposobie ich postawienia sprawiło żywiołową, długotrwałą i powszechną fascynację widzów inscenizacją dramatu, który nie uchodził w opinii krytyków za wybitny utwór Witkacego? W lekką, zabarwioną niepokojem ekscytację wprawiała już przedakcja widowiska: wpuszczani przez czerwonoarmistów wchodziliśmy do pogrążonej w półmroku sali, w której wyeksponowano piękne, kilkuskrzydłowe odsłonięte okno na wprost wejścia. Tędy z dziedzińca teatru przenikali do wnętrza przybysze z piekielnych otchłani, przede wszystkim domniemany Belzebub, czyli Baltazar de Campos (Krzysztof Najbor), tutaj też rozgrywał się, oglądany przez szybę, wstrząsający finał spektaklu. Pod oknem, w wydzielonym czarnymi zasłonami prostokącie przestrzeni, umieszczono ledwie kilka rekwizytów: podniszczony piecyk, blaszany czajnik, stolik z porce laną. Przy stoliku w głębi zastygł na krześle Istvan (Piotr Dąbrowski) – przyszły genialny kompozytor sonaty wszech czasów. Czujny, nieobecny, jakby już wsłuchany w wewnętrzny nutowy dyktat. Za chwilę z mamrotania Babci Julii (Dorota Ficoń), ukrytej na tle kotar w wózku inwalidzkim, wyłaniał się główny motyw kompozycji: „on marzył ciągle taką sonatę...”. I zdziecinniała, trupio szara „starsza pani bez godności” zaczynała bredzić o zagadkowym samobójstwie młodego muzyka. Niebawem stawiane przez nią karty ujawniały straszną przyszłość Istvana i całego mordowarskiego towarzystwa... Legendę zawarcia diabelskiego paktu o duszę powtarzali główni bohaterowie przedstawienia – artysta Istvan i domniemany Belzebub – zagadkowy plantator wina (Dionizos epoki pragmatyzmu?) i hodowca byków w jednej osobie. Szyderstwo i kpina mieszały się w widowisku z akcentami po ważnymi. Tytułowy diabeł, na przemian groźny i śmieszny, zapowiadał kompozytorowi amputację uczuć w zamian za geniusz, niepostrzeżenie, pod maską błazenady, przekazując Witkiewiczowskie treści „istotne”. Wędrówka nowego Fausta po zakamarkach własnej psychiki targanej bolesnymi sprzecznościami okazywała się, zdaniem niektórych: „procesem wewnętrznego dorastania”, zdaniem zaś innych: „historią czekania na Boga, który na pewno nie przyjdzie”. Zmuszała do konfrontacji z problemami z kręgu etyki tworzenia. Czy tylko odrzucenie ograniczeń, jakie są następstwem żywej więzi z ludźmi, może uczynić artystę dojrzałym? Piekło – to inni? Zbawia jedynie sztuka – choć zarazem unicestwia?

Cóż jednak innego może warunkować tworzenie, jeśli nie autentyczna osobowość, źródło głębokich i żywych doznań? Ten, kto zaprzepaścił szansę podobnego odczuwania, kto stracił zaufanie do własnych i cudzych uczuć, nie tworzy, ale szuka zadośćuczynienia w snach o potędze… To zaś tym bardziej od suwa go od ludzi i stawia tamę si łom kreacyjnym. Podmiotowość artysty pochłania wówczas – zrodzona z głębokiej rozpaczy, lęku i niewiary w wartości – pycha, nie sztuka... Zakopiańskie widowisko mogło skłaniać do tego rodzaju refleksji.

Prof. Ewa Łubieniewska

  • sonata1
  • sonata11
  • sonata13
  • sonata14
  • sonata19
  • sonata2
  • sonata22
  • sonata23
  • sonata29
  • sonata32
  • sonata38
  • sonata4
  • sonata53
  • tw245

Zapisz się do naszego Newslettera Bądź na bieżąco

Zapisując się do Newslettera wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych przeze mnie danych przez Teatr im. St. I. Witkiewicza z siedzibą w Zakopanem (34-500), ul. Chramcówki 15 (dalej: Teatr) w celu otrzymywania newslettera z informacjami o działalności Teatru. Zobacz więcej...