30urodzin

Jola i Paweł

Na szlaku „Witkacy”

Nasza przygoda z Teatrem Witkacego rozpoczęła się spacerem po „Człapówkach”. Nie był to spacer do końca udany – wejściówkowe miejsca za jednym z filarów Sceny Bazakbala skazały nas na konieczność polegania wyłącznie na wrażeniach słuchowych. Mimo to postanowiliśmy nie zawracać z drogi i wiedzeni intuicją wkrótce znaleźliśmy się „Na przełęczy”. Nie pożałowaliśmy tej decyzji: stamtąd bowiem roztaczała się wspaniała tatrzańska panorama pełna malowniczych łąk, hal i dolin. Zachwyceni tym przepięknym widokiem, wyruszyliśmy w dalszą podróż. Na swoim szlaku spotkaliśmy prawdziwe „Panopticum”. Dość powiedzieć, że stanęliśmy twarzą w twarz z Kaligulą i Dioklecjanem: udało nam się spotkać nawet młodego Witkacego, który opowiedział nam o swoich problemach w „Menażerii”. Momentami nie wiedzieliśmy, czy to dzieje się na niby, czy to dzieje się naprawdę. Wędrówka ze spektaklu na spektakl przyprawiała nas o coraz szybsze bicie serca – emocje wrzały w nas do tego stopnia, że aby je wyciszyć, każdorazowo po wizycie w Teatrze, musieliśmy wypić butelkę wina. Wreszcie osiągnęliśmy szczyt, a był nim „Koncert Noworoczny”. Zaprezentowali Państwo talent, inwencję, klasę i pokorę, dostarczyli nam Państwo niezapomnianych wrażeń, które wprowadziły nas optymistycznie nastrojonych w rok 2015.

Dzięki Waszej niepowtarzalnej ekipie aktorskiej wiemy to na pewno – chce się żyć!
Jola i Paweł 

Agnieszka

Przybywaliśmy po dziesięciogodzinnej podróży, zgrzebni i wymęczeni, z pobrzękującą w plecaku konserwą mielonki. Był rok 1987. Teatr Witkacego istniał dopiero od niedawna, ale wiadomo już było, że dzieje się w nim coś niezwykłego, a my po szczeniacku spragnieni byliśmy wrażeń. Pielgrzymowaliśmy więc przejęci, w nabożnej intelektualnej pozie do świątyni sztuki, niestety jej podwoje zastaliśmy zatrzaśnięte - nie udało się nam wejść na żaden spektakl.
W roku 2004 wspomnienie zakończonej fiaskiem młodzieńczej wyprawy jest już tak odległe, że prawie nierealne. Na Chramcówkach ciągle niełatwo o bilety, ale tym razem mam więcej szczęścia. Na afiszu Witkacy Appendix. Tytuł brzmi niezwyczajnie. Nic dziwnego, wszak to miejsce od zawsze wymyka się konwencji. Już od progu wyczuwam dobrą energię, a kilkanaście minut później widowisko omamia mnie i porywa. Uwodzi mnie szelmowski temperament postaci, urzeka lekka forma i doskonały aktorski warsztat. Słowa, rytm i muzyka sprawiają, że odpływam. Nie miałam pojęcia, że taki może być Witkacy i że tak można go interpretować! Wychodzę odurzona.
Przez następne lata zaliczam kolejne przedstawienia, bez nich już nie wyobrażam sobie przyjazdów do Zakopanego. Za każdym razem, gdy na widowni gasną światła i teatralna machina wyrusza w metafizyczny bezkres, czuję, jak powoli ogarnia mnie na pół marzycielskie i na pół niepokojące, uczucie czegoś płynnego i zarazem stojącego*. Czas zatacza koło i znika, rozmywa kontury, zaciera granice. To co z pozoru brzydkie okazuje się piękne, to co żałosne - wzruszające, a co szalone i nieobliczalne - przenikliwe i mądre. Tu sztuka rodzi się z duszy i do duszy przemawia, a przez jej pryzmat nawet powszedniość Krupówek bywa chwilami magiczna, a może zwyczajnie ludzka.

Agnieszka
Genua, 19 stycznia 2015

*Tomasz Mann, Czarodziejska Góra 

Beata

Teatr Witkacego to miejsce, w którym byłam kilka razy. Niestety, ale nie mogę dopisać przyrostka -naście; a szkoda, nie tylko ze względu na niezapomniane przedstawienia, ale też na fakt, iż nierzadko wizyta tam była dla mnie prawdziwą cezurą.
Pierwszy raz, gdy miałam 17 lat, czyli rok po założeniu teatru. Była to sztuka Christophera Marlowe'a „Doktor Faustus”. I od tego momentu, niczym tytułowy bohater tejże sztuki, zaprzedałam duszę diabłu – Witkacemu. Niesamowite wrażenia dla dwójki ludzi, którzy nigdy nie widzieli czegoś podobnego. Tak, dla dwójki, bowiem sztuki Marlowe'a doświadczyłam wraz z pewnym chłopakiem... który teraz jest moim mężem. Wyjeżdżając zostawiliśmy pieniążek jako znak, że kiedyś tam wrócimy. Mimo iż przez długi czas nic na to nie wskazywało. Nastał więc długi rozbrat z teatrem, mimo wielu prób pojechania tam z innymi ludźmi – zawsze coś stało na przeszkodzie. Wróciliśmy po latach, już jako mąż i żona, na „Pokusę”, inspirowaną „Magią Grzechu” Calderona. I słowa pisane dużą literą perfekcyjnie oddały ducha i tejże sztuki, i tamtego miejsca.
Kolejny raz to dopiero premiera „Kruka” Alfonsa Sastre. Wyselekcjonowana publiczność kilkunastu wybrańców wywiezionych tajemniczym pojazdem do…..Harendy. Nic o tym nie wiedzieliśmy, więc podróż w środku nocy w nieznane – mimo iż ponownie we dwójkę – była przeżyciem. Do tej pory wspomnienie złowieszczej muzyki i zapraszającej do wnętrza tajemniczej osoby powoduje dreszcze, chyba nawet bardziej niż sama sztuka.
I wreszcie 29 urodziny Teatru i „Wizyta nie w porę” zakończona wręcz bankietem. Najlepszą częścią nie był jednak ani olbrzymi tort, ani nawet fantastyczny jak zwykle spektakl. Była to możliwość spotkania z zespołem oraz złożenie życzeń dyrektorowi Teatru – Andrzejowi Diukowi, którego unoszący się nad Teatrem duch jego patrona musiał zapewne zakonserwować – wciąż jest tak samo pełen zapału, jak 29 lat temu, gdy on zaczynał jako gospodarz, a ja jako wierna entuzjastka Witkacego.

Fakt, że i my znaleźliśmy się tam w tym miejscu i czasie zawdzięczamy szczęściu... a może jednak i przeznaczeniu? Na pewno jeszcze nieraz tam wrócimy, 30-lecie teatru to zapewne fantastyczna okazja i powód do wspomnień tych teatralnych jak i naszych prywatnych. Jestem przekonana, że będzie to kolejny ważny moment w naszym życiu. A jeśli cały ten symbolizm jest wyłącznie dziełem przypadku – to zawsze pozostaje rozkoszować się kunsztem tamtejszych aktorów. A to już samo w sobie jest wielkim przeżyciem.

Serdecznie pozdrawiam i do zobaczenia
Beata 

Szymon

Szanowni Aktorzy z Panem Andrzejem Dziukiem na czele oraz Wszyscy Ci, którzy tworzą teatr Witkacego,
Choć niestety tylko raz w życiu miałem okazje i przyjemność zobaczyć wasz spektakl, to zdążyłem zakochać się w "Witkacym". Przedstawienie wystawiane było w częstochowskim teatrze w ramach przeglądu przedstawień istotnych- Przez Dotyk, był to "Witkacy-appendix".
Pierwsze co mnie zafascynowało to bliski kontakt aktora z widzem. Przeniosło mnie to w inny wymiar rzeczywistości.Tworzyło to ciekawy i niezapomniany nastrój obcowania i bliskości ze sztuka oraz samym teatrem.
Wspomnę tutaj o zdarzeniu dotyczącym mojej wejściówki na wolne miejsce. Wraz z przyjaciółką (także miłośniczką teatru) czekaliśmy na parterze na możliwość zajęcia miejsc. Panie z obsługi powiedziały nam, że przyszło bardzo dużo ludzi i na parterze nie ma już dla nas miejsc, więc musimy udać się na balkon. Oddalając się ze smutkiem na twarzy podszedł do nas pewien mężczyzna i zapytał dokąd to idziemy. Odpowiedzieliśmy, że na balkon bo tu nie ma dla nas miejsc. Mężczyzna spojrzał na nas i powiedział - "Nie możliwe!!! Zaraz coś znajdziemy!"- Wprowadził nas na salę i posadził ...na scenie. Tajemniczym mężczyzna okazał się być pan Andrzej Dziuk. Historię tą wspominam z uśmiechem na twarzy. Później znalazły się dla nas miejsca (w pierwszym rzędzie :)), ale cała sytuacja była dla nas czymś niezwykłym i niezapomnianym.

Sam spektakl- był wspaniały. Dobra muzyka, oryginalna reżyseria oraz mistrzowska gra aktorska składały się w jedną całość.
Kiedy myślę teatr Witkacego to widzę miejsce niebanalne, fascynujące, inspirujące, przyjazne, przepełnione dobra energią- Epicentrum kulturalne na południu Polski.

Pozdrawiam,
Miłośnik teatru
Szymon 

Małgorzata

Dla mnie osobiście adres Chramcówki 15, Zakopane to coś znacznie więcej niż teatr. To magiczne miejsce, niesamowita energia, grupa cudownych aktorów a przede wszystkim mnóstwo wspomnień. Bo prawda jest taka, że za każdym razem kiedy jestem w Zakopanem jakaś tajemnicza siła ciągnie mnie w okolice dworca i mroczne zakątki południowych dzielnic miasta. Próbuję sobie przypomnieć mój pierwszy raz w teatrze i chyba był to „Tartuffe” w 1997 lub 1998 roku. Bo ostatni raz pamiętam bardzo dobrze. Kilka dni temu jakimś cudem udało mi się zdobyć ostatni bilet na sztukę „Ccy-Witkac-Y Menażeria” i nawet zająć najlepsze według mnie miejsce czyli czarna poduszka w pierwszym rzędzie. W moich kryteriach to miejsce VIP, bo odbiór gry, uczestniczenie w spektaklu i interakcja z aktorami są tam najsilniejsze. Nie wiele jest teatrów, które chcą być tak blisko widowni i niemalże potykać się o górskie buty audytorium. Taką po-spektaklową pozytywną energię zabieram zawsze ze sobą do domu w formie uśmiechu na przekór wszystkiemu złemu i smutnemu.
Do Waszego Teatru idę zawsze chętnie czasem sama, czasem z kimś bliskim kogo chcę zarazić moją pasją i nie straszne mi są ani śniegi, ani mrozy, ani halny ani zakwasy po górskich eskapadach ani remont teatru. „Caligulę” wystawionego 3 lata temu w tymczasowej scenie w szkole wspominam niezwykle serdecznie, bo dane mi było tam recytować wiersz przed cesarzem i zostać publicznie skrytykowaną. Kolejna bardzo fajna interakcja z widownią poprzez zaproszenie na scenę kilku osób by wspólnie uczestniczyły we fragmencie sztuki.
Uwielbiam też klimat lekkich sztuk humorystycznych wystawianych na mniejszej scenie w Kawiarni. Przy lampce wina i klimatycznej muzyce (tej granej na żywo i tej puszczanej z głośników) można na prawdę się zrelaksować przed spektaklem i przygotować na kulturalne doznanie. Prawdziwy balsam dla wiecznie gdzieś pędzących współczesnych dusz. Bardzo lubiłam starą Dużą Scenę jeszcze sprzed remontu i graną tam przez dwa wieczory „Czarodziejską Górę” wg Manna. Pamiętam jak ciężko było tam trafić nieoświetlonymi uliczkami szukając drogowskazów w mrocznych zakamarkami. Dziś, po remoncie, miejsce wygląda przyjaźniej jednak element niesamowitości pozostał. Przy okazji słowa uznania dla twórcy murali. Pierwszym dziełem jakie widziałam na deskach teatru po remoncie była „ Wizyta nie w porę” w cudownej bardzo nowoczesnej scenografii. Scena jedzenia kolorowych balonów do dziś wywołuje u mnie ciepłe wspomnienie i banana na twarzy.
Kończąc, chciałam bardzo podziękować za moc wrażeń jakie zawsze uczestniczą każdej sztuce, za tą aktorską bliskość i wyjście do ludzi a przede wszystkim za zarażenie mnie w tym 1997 roku miłością do teatru w ogóle.

Powodzenia w Gdańsku!
Małgorzata 

Martyna

Drodzy Przyjaciele!
Nazywam się Martyna M. i w kwietniu 2015 roku skończę 12 lat. Kocham Wasz TEATR! Kiedy przyjechałam do Zakopanego po raz pierwszy zimą 2011 roku, poszłam z mamą na przedstawienie pt. "Człapówki". Byłam zdziwiona, że zamiast kłaść się spać, idziemy do teatru, ponieważ teatry są wszędzie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jednak, że Teatr Witkacego jest wyjątkowy, magiczny, zupełnie inny niż wszystkie, w których byłam.

Nasze Zakopane tak reklamowe…
Kiedy jestem w Zakopanem, tradycją jest wizyta w Witkacym. I tak się dzieje, że wieloznaczne Człapówki widziałam trzy razy. Chciałabym jedynie móc zabrać piosenki i muzykę ze sztuki ze sobą do Łodzi, którą ja bardzo lubię!

Obmyślam świat wydanie drugie, wydanie drugie poprawione… Śpiewane wiersze Wisławy Szymborskiej, przez jedną z moich ulubionych aktorek, panią Katarzynę Pietrzyk, znam na pamięć. Mogę powiedzieć, że tak poznałam fragment twórczości polskiej Noblistki. Podczas konkursu recytatorskiego Wiersze mojego dzieciństwa mówiłam wiersz Życie na poczekaniu.
Wciąż czekają i się boją, ciągle czują się nieswojo, jakby nad głowami stał kat…
Niestety, nie byłam na premierze piosenek pana Andrzeja Bieniasa. Płytę jednak mam i to z dedykacją Autora! Gdy Witkacy był w listopadzie minionego roku w Łodzi, ze spektaklem Na niby, naprawdę w ramach Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, na którym byłam, bo nie mogłam przegapić takiej okazji, moja mama kupiła jedyny egzemplarz płyty, jaki znalazł się w Wytwórni. Zapomniałam napisać … tym teatrem zaraziła mnie mama. Piosenkami Teatru Witkacego zaraziłam również moją przyjaciółkę Nicolę i teraz, gdy w szkole na obiad mamy rosół lub ktoś powie to słowo, zaczynamy śpiewać:

I na łyżkę mi się pchają
I pod nosem narzekają,
Że w talerzu cholerny tłok!

Spośród polskich piosenek Rosół wybrałam na zajęcia śpiewu w łódzkim Pałacu Młodzieży. Od 5 lat jestem Krajką, czyli uczę się śpiewać i tańczyć w Harcerskim Zespole Artystycznym Krajki, który w tym roku skończy 40 lat! I któregoś dnia miałam przygotować polską piosenkę na zajęcia śpiewu. Oczywiście wybrałam Rosół. Nauczycielka była zachwycona, ponieważ uznała tekst za doskonały materiał do ćwiczenia dykcji. Wszak to wszystko jest bezimienne dzieło…

Bezimienne dzieło… Tego spektaklu prawie nie pamiętam i nie wiem o czym w ogóle był, ponieważ: siedziałam w drugim rzędzie, wszędzie było pełno mgły. Kiedy spektakl się zaczął, ktoś wyszedł spod sceny i strasznie krzyczał. Wtedy wystraszyłam się i zaczęłam głośno krzyczeć: Mamo zabierz mnie stąd! Kiedy wyszłyśmy z sali poznałam bardzo miłą panią, jak się później okazało aktorkę Jagę Siemaszko. Pani Jaga zmartwiła się, chciała mi pokazać cały teatr od kulis, lecz bałam się i teraz tego bardzo, ale to bardzo żałuję!!! Wyszłam z mamą z teatru, ale coś mnie tknęło i chciałam wrócić. Wróciłyśmy, usiadłyśmy w ostatnim rzędzie po prawej stronie wejścia. Nagle przyszli dziwnie ubrani ludzie i wszystkim kazali zakładać białe maski, a ja nie chciałam jej założyć. Wtedy pani Emilia Nagórka ciągle na mnie patrzyła i ruchem ręki kazała założyć maskę.

No to już koniec listu. Bardzo cieszę się, że będę z Wami w magicznym dniu 30 urodzin Teatru Witkacego 24 lutego 2015 roku! Już nie mogę się doczekać!

Życzę Wam cudownych, dziwacznych, metafizycznych i pewnie czasem dla mnie jeszcze trudnych do zrozumienia sztuk!
Daj Im, daj Witkacy sił!

Pozdrawiam,
Martynka
Łódź, 19 lutego 2015 roku 

Monika

PAMIĘĆ SKŁADA SIĘ Z OKRUCHÓW...
To już 30 lat... Jak to jest możliwe, pytam sama siebie i nie znajduję odpowiedzi... Kiedy minął ten czas, przeciekł przez palce, przesypał się jak suchy piasek na plaży? 30 lat!!! To przecież okres , kiedy ktoś się urodził, był niemowlęciem, dzieckiem, młodym gniewnym, młodym dorosłym, a potem tylko dorosłym... To czas narodzin, rozwijania się i dorastania Teatru. Naszego teatru, mojego teatru, zakopiańskiego Teatru...

Z tych 30 lat pracowałam w nim tylko pięć, jedną szóstą całego jego istnienia. Ale były to lata ciekawe, niezwykłe, owocujące przyjaźniami, poznawaniem niezwyczajnych i interesujących ludzi, artystów, muzyków. Owocujące rozwojem mnie samej, moich zainteresowań, moich możliwości, moich umiejętności. Ten czas mnie zmienił, odchodząc z Teatru byłam zupełnie inną osobą niż ta, która tam się zjawiła. I chociaż nie były to lata łatwe, pamiętam głównie jasne strony, ludzi, spektakle, zapominam o stresie i nerwach, choć były obecne w dużych ilościach. Składam więc z okruchów to, co pamiętam... Czy ulepię z tego jakiś pachnący chleb? Nie wiem, może wyjdzie zakalec a może okruchy rozsypią się w bułkę tartą... W każdym razie ja tak ten czas pamiętam... To moja pamięć i moja prawda, chociaż z całą pewnością niepełna.

Najpierw byłam tylko widzem, zafascynowanym spektaklami, aktorami, atmosferą panującą w teatrze. To było miejsce, w którym czułam się dobrze, gdzie ciągle się coś ciekawego działo, a ludzie byli dla mnie mili. Miałam wtedy bardzo nudną pracę i teatr był dla mnie odskocznią, miejscem, w którym zapominałam o wszystkim, co mnie męczyło na co dzień. Moim ukochanym spektaklem był „Wielki Teatr Świata” , byłam na nim może 10 razy, może więcej. Mogłam go oglądać i oglądać, wspaniała scenografia Tadeusza Brzozowskiego tworzyła atmosferę średniowiecznego misterium, aktorzy wciągali widzów do wnętrza sztuki, sprawiając , że tworzyliśmy z nimi całość. Ich nie byłoby bez nas, my bez nich nie bylibyśmy publicznością. No i wspaniała muzyka Jurka Chruścińskiego, która tkwiła w człowieku jeszcze długo po wyjściu z Teatru. I wspaniały korowód na końcu... I pomyśleć, że nieletnie dziecię biorące w nim udział ma dzisiaj swój teatr we Wrocławiu i jest reżyserem????

Przychodziłam kupować bilety do małej kasy na Krupówkach, zaprzyjaźniłam się z przemiłą blondynką w czerwonej czapeczce, sprzedającą bilety i nigdy nie myślałam, że będę kiedyś pracować w Teatrze na jej miejscu... Lubiłam tam posiedzieć i pogadać, poznałam tam też kilka innych osób z teatru. Gdy przychodziłam na spektakle czułam się już swojsko, nie obco. A od pewnego momentu na spektaklu „Dziura” z piosenkami i skeczami Tuwima i Słonimskiego z przedwojennych teatrzyków , to już czułam się wyróżniona... W tym spektaklu jeden z aktorów wręczał w trakcie spektaklu komuś z publiczności bukiecik kwiatków, zawsze białych. I ja dostąpiłam tego zaszczytu otrzymując z rąk Andrzeja Jesionka białe cyklameny... Zasuszyłam je sobie w Wielkim Polsko-Angielskim Słowniku Kościuszkowskim, są tam do dziś...

Potem przyszły Sylwestry spędzane w teatrze, aż w końcu okazało się, że być może byłoby tam dla mnie miejsce. I tak się stało. Miejsce się znalazło i ja znalazłam swoje miejsce. O dziwo, nie pamiętam zupełnie pierwszego dnia w pracy... Musiałam być tak przerażona i zestresowana, że wyrzuciłam go z pamięci:)). Robiłam tam różne rzeczy, prowadziłam sekretariat, sprzedawałam bilety, kupowałam kwiaty, robiłam herbatę, pracowałam przy obsłudze spektakli, rezerwowałam hotele dla gości teatru, , sprzątałam, robiłam za tłumacza, potem prowadziłam DKF „Appendix”. A przy spektaklu „Don Juan” nawet robiłam za akustyka, bo nikogo innego wolnego nie było:).

Najważniejszy i największy z okruchów mojej pamięci to ludzie. Bez nich nie byłoby tego miejsca, ani tej atmosfery. Te parę lat mojej pracy w teatrze zaowocowały przyjaźniami, bliższymi znajomościami, po prostu ludzkim ciepłem i sympatią. I chociaż od mojego odejścia z Teatru minęło 21 lat, niektóre przyjaźnie trwają do dziś. Z Kariną, z którą byłyśmy w teatrze razem tylko rok, ale jak widać był to rok pamiętny, skoro cały czas (z przerwą pośrodku) jesteśmy ze sobą w kontakcie, a nawet piszemy do siebie codziennie e-maile. Z Ajką, pełną niezwykłych pomysłów, gdy się spotykamy (choć nie za często) nie możemy się nagadać i zawsze brakuje nam czasu. Z Iwonką, ciepłą i kojącą, chociaż też wolałabym częściej. Dziewczyny, czemu wy tak daleko mieszkacie??? No i oczywiście Jola, która na szczęście jest na miejscu. Właśnie sobie uświadomiłam, że nasza przyjaźń trwa już 25 lat... Nie wymienię tu oczywiście wszystkich, których też bardzo ciepło i serdecznie pamiętam. Kochani, jestem szczęśliwa, że mogłam was poznać, być tu z wami, pracować razem z wami. Dziękuję za ten piękny czas.

Pierwszy wyjazd z Teatrem za granicę, do Niemiec, do Oldenburga. Spektakl „Doktor Faustus” grany w niezwykłym, czarownym miejscu, dawnej zajezdni tramwajów albo pociągów. Ogromna hala z biegnącymi szynami. Na środku hali scena w postaci ringu z okalającymi ją miejscami dla widzów w postaci zwykłych drewnianych ławek. I zimno, zimno, zimno. Halę nagrzewano wielkimi dmuchawami z ciepłym powietrzem, ale i tak było zimno. Każdy z widzów dostał koc, żeby móc się zawinąć i mniej marznąć. Hala została ubrana w czarne płótna, tworzące przestrzeń teatralną, powiesiliśmy duże sztandary teatralne, a droga dla widzów, wiodąca ku scenie była obramowana płonącymi świecami stojącymi na podłodze. Atmosfera była zupełnie niesamowita... Widzów zbyt wielu chyba nie było, ale ci, którzy przyszli, z pewnością nie żałowali. Drugim niezwykłym miejscem, gdzie był grany „Doktor Faustus” były krużganki klasztoru (może opactwa??) w Saint Die, partnerskim mieście Zakopanego. Zmierzch i wieczór, i nagle skądś pojawiają się dwa białe gołębie, fruwające ponad głowami aktorów... Może jakieś dusze...

Spektakl, przy którym miałam dyżur, a którego bardzo nie lubiłam z początku, „Pieśń Abelone”. Trudny tekst Rilkego, ascetyczny obraz, cudowna muzyka i pieśni. Gdyby nie to, że musiałam na nim być, chyba nigdy bym się do niego nie przekonała... A jednak z czasem, zaczynałam odnajdywać w nim znaczenia wcześniej nie zauważone, docierały słowa wcześniej lekceważone, a muzyka porywała. I tak się stało, że jest to jeden ze spektakli, których mi najbardziej brakuje w repertuarze . Tęsknię też za „Wielkim teatrem świata”, za „Don Juanem”, za „Pokusą”, za „Herbatką przy samowarze”, za „Jak wam się podoba”...

Węże... Węże występujące w spektaklu „Np Edyp”, sporych rozmiarów chyba pytony. Trzymane w terrariach w pracowni i magazynie, które mieściły się wtedy tam, gdzie teraz są toalety na dużej scenie. I pewnego dnia jeden jakoś się wydostał z terrarium i zaszył się gdzieś w tkaninach i kostiumach. Piotr Sambor, który był opiekunem węży robił wszystko aby go odnaleźć i w końcu chyba się znalazł:))) Ale świadomość, że spory pyton chodzi sobie po teatrze luzem nie była przyjemna...

DKF „Appendix”, to moja działka. Projekcje filmowe odbywały się w kinie „Giewont” (dziś „Sokół”) o godzinie 22.00... Jak na te czasy, gdy nocne życie jeszcze nie kwitło, pora była dość ryzykowna, tym niemniej trochę ludzi bywało na projekcjach. Aczkolwiek zdarzało się, że widownia liczyła 3 osoby... Program DKF-u układałam sama na cały miesiąc, z reguły były to przeglądy tematyczne.: ekranizacje „Makbeta”, kino amerykańskie lat 70-tych, kino nieme... Filmy wypożyczałam głównie z Filmoteki Narodowej, przyjeżdżały pociągiem w ciężkich metalowych skrzyniach, trzeba je było zaraz po seansie ekspediować dalej. Bardzo te seanse przeżywałam, denerwowałam się, czy będą ludzie, czy z filmem w porządku, czy operator nie uszkodzi starej kopii, czy, czy, czy... Czasem nie mogłam z nerwów usiedzieć na miejscu i chodziłam tam i z powrotem po hallu. A gdy raz kopia zaczęła się palić, o mało zawału nie dostałam... Szkoda, że kino wypowiedziało nam umowę i trzeba było zakończyć działalność.

Bardzo lubiłam wyjazdy ze spektaklami w Polskę, czułam się trochę jak na szkolnej wycieczce. Dzięki tym wyjazdom poznałam wiele miast i miejsc, do których nigdy bym nie pojechała. Wymieniać szkoda, musiałabym pół mapy przywołać. Tyle miejsc, tyle spotkań, tyle ludzi, migawki mieszają się w jeden obraz. Nie wiem, co było w Szczecinie, co w Elblągu a co w Poznaniu, pamiętam, że gdzieś przyjechaliśmy wcześniej i obejrzeliśmy koncert Jacka Kaczmarskiego i Przemysława Gintrowskiego, gdzieś oglądałam spektakl teatru „Wierszalin”, gdzieś spektakl Pawła Szkotaka, gdzieś, gdzieś, gdzieś... Łabędzie na plaży w Ustce, stadnina koni pod Elblągiem, zimowy spacer w Bielsku, okruchy, obrazy, migawki.

Mój wiekopomny występ sceniczny przy okazji niespodzianek urodzinowych:)) Niespodziankę wymyśliła Dorota, miała wziąć w niej udział żeńska obsługa, tj księgowa, dział literacki, sekretariat czyli ja. Dorota śpiewała „The Moon of Alabama” a my śpiewałyśmy refren, ubarwiając go choreografią... Skromną, ale z wrodzonym wdziękiem... O matko, co to były za nerwy!!! Jak już wyszłam na tą scenę, to mi było już wszystko jedno, ale sam moment znalezienia się tam to była zgroza. Miałyśmy jednakowe czarne sukienki z błyszczącej podszewki i chyba korale... Już nie pamiętam...

Imieniny i spotkania towarzyskie u mnie w domu. Z okazji i bez, te z okazji liczniejsze. Jak tyle osób mieściło się w moim małym pokoiku to nie wiem. Anegdoty, żarty, śmiech, Piotr Dąbrowski i Tomek w mojej góralskiej chustce, wcielający się w kabaretową postać Genowefy Pigwy:)) Płakaliśmy ze śmiechu! Zdjęcia gdzieś mam do dziś:)) I tylko szkoda, że tylu osób z tych spotkań nie ma już w teatrze. Ale cóż, trudno liczyć, że po 25 latach będzie tak samo... To wszak ćwierć wieku, chociaż nie potrafię tego przyjąć do wiadomości. Tak się czuję, jakby tych lat w ogóle nie było...

Mogłabym jeszcze pozbierać trochę tych okruchów, ale to już byłoby nudne, każdy ma swoje okruchy i każdy pamięta te same sytuacje nieco inaczej. Pełnego obrazu nigdy się nie złoży, zbyt dużo okruchów będzie brakować. A ja cieszę się, że mam te moje. To było bardzo piękne pięć lat, ciekawe i niezwykłe i bardzo, bardzo bogate... I wiele mi dało, a to ,co mi dało, mam do dziś.

Bardzo Wam za te lata dziękuję,
Monika C

Aleksandra

Teatr Witkacego, Teatr im. St. I. Witkiewicza.. 30 lat istnienia… Dla mnie mija właśnie 14 lat odkąd Teatr Witkacego poznałam. Tak, czas pędzi w zastraszającym tempie i choć takie cyfry boleśnie uświadamiają nam, że przemijamy, przypominają także ile pięknych chwil było nam dane przez te lata przeżyć. 14 lat to niemal połowa mojego życia. Co jakiś czas nachodzą mnie wspomnienia związane z Teatrem Witkacego. Najczęściej wywołują je rzeczy niepozorne – muzyka, lub niewinne pytanie znajomych czy widziałam jakiś dobry spektakl. Pierwszy, który wtedy zazwyczaj przychodzi mi do głowy to „Czarodziejska Góra” w reż. Andrzeja Dziuka. Moje pobyty w Sanatorium Berghof zawsze owocowały nowymi przemyśleniami i jeszcze większą sympatią do Teatru Witkacego. Mogłabym tu przytoczyć zabawną anegdotę. Spędzałam jedne z wakacji na Podhalu, chodząc po górach, a wieczorami ciesząc się spektaklami Teatru Witkacego. Swoje wakacje musiałam przerwać na tydzień i wrócić do Warszawy, wszystko było jednak zaplanowane tak, by zdążyć wrócić na „Czarodziejską Górę”. Tata miał mnie odwieźć na dworzec, pech jednak chciał, że zatrzasnął kluczyki w samochodzie, razem z całym moim bagażem. Zostałam tylko z biletem na pociąg w dłoni. Sprawa była dla mnie oczywista – wzywamy taksówkę i jadę do Zakopanego bez bagażu, tata miał go dosłać kurierem. Musiałam przecież zdążyć na „Czarodziejską Górę”! Gdy dotarłam pod Teatr, zadowolona, że mimo przeszkód jednak się udało, powitała mnie kartka przyklejona na drzwiach wejściowych informująca, że spektakl został odwołany z przyczyn niezależnych od Teatru. Świat mi się zawalił

Drugim moim ukochanym spektaklem był „Szekspir albo.. co chcecie”. Zagrano go, jeśli się nie mylę, raptem 14 razy, z czego ja widziałam go razy 12. Po którymś z kolejnych spektakli podszedł do mnie jeden z muzyków i przywitał się, mówiąc „Cześć, fajnie Cię widzieć po raz kolejny na tym przedstawieniu”. Zawsze siadałam w tym samym miejscu... Aktorzy spotykając mnie gdzieś na Krupówkach i witając zwykli się śmiać –„Ola, co ty tu robisz, przecież nie gramy Szekspira”.. Z Witkacym mam też wspomnienia związane z byciem po drugiej stronie sceny. Któregoś lata Teatr grał spektakl „Bezimienne dzieło” w moim rodzinnym mieście.

Okazało się, że brakuje statystów, więc Jola Solska niewiele myśląc zadzwoniła do mnie i tak zaczęła rozmowę:

– Cześć Ola, Ty znasz Bezimienne dzieło na pamięć, prawda?
– Tak – odpowiedziałam niepewnie.
– Świetnie – ucieszyła się – brakuje nam statystów, zagrałabyś w spektaklu – brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.
– Ja??? – odpowiedziałam przerażona – w życiu, ja się wstydzę, nie umiem, nie chcę.
– To super, że się zgadzasz – odparła Jola jakby nie słysząc moich protestów.
– Nie, ja się wstydzę.
– Próba jest jutro o 14-tej, do zobaczenia.

Cóż mogłam innego uczynić, przyszło mi zagrać. Stresowałam się niemiłosiernie. Miałam wizje, że coś mi się myli i psuję cały spektakl. Na dodatek próba była mocno przyspieszoną próbą techniczną, nie miałam więc czasu, by dobrze zapamiętać kiedy i gdzie mam się pojawiać w spektaklu. Na szczęście aktorzy wzięli mnie pod swoje opiekuńcze skrzydła, podpowiadali kiedy i gdzie mam iść i wszystko zakończyło się happy endem.

Takie historie mogłabym mnożyć. Kiedyś nawet pojawił się w mojej głowie pomysł napisania książki, jednak wszelkie próby przeniesienia wspomnień na kartki papieru spełzły na niczym. Okazuje się, że oddanie w słowach wszystkich emocji i doświadczeń związanych z Teatrem Witkacego nie jest proste, a może wręcz jest niewykonalne. Jedno jest pewne – są to wspomnienia, które pojawiając się, przywołują na twarz uśmiech. I niech tak zostanie i niech tych wspomnień przybywa. Hej!

Alexandra 

Beata

Kwiecień 1989, Szczecin
Na Ogólnopolski Przegląd Teatrów Małych Form przyjeżdża zakopiański Teatr Witkacego z dwoma spektaklami – Autoparodią oraz Doktorem Faustusem. Będący wtedy na szczycie fali medialnej popularności, wychwalany przez krytykę i w dodatku owiany nimbem pewnej egzotyczności i tajemnicy przyciąga chyba wszystkich, którzy w Szczecinie chodzą do teatru. Niezbyt duża Sala Kominkowa Klubu XIII Muz nie ma szans pomieścić chętnych, na schodach stoi spory tłum, w nim i ja, wtedy studentka, bez biletu, bo bilety były nie do zdobycia. Wejść pomaga mi w końcu znający mnie z widzenia lokalny aktor, siadam w tłoku na podłodze rozglądając się, gdzie tu właściwie jest jakaś scena. Po chwili już wiem, niemal stratowana przez osobnika w stroju jakby z innej epoki a następnie poczęstowana oscypkiem przez cokolwiek dekadencką damę – sceną jest cała sala a widzowie nie będą tu biernymi obserwatorami. Jeszcze odrobina rozsiewanej szczodrze zakopianiny… no i wsiąkłam, zachwycił mnie ów „niesmaczny góralsko – ceperski skecz” zagrany w sposób, którego nigdy wcześniej nie widziałam – niby na luzie, ale bardzo precyzyjnie, w jakiejś alchemicznej wręcz reakcji z publicznością. Następnego dnia obejrzałam Autoparodię raz jeszcze a późnym wieczorem wybrałam się na spektakl Dr Faustus. Tu sceneria była już zupełnie inna (inna też od macierzystej sceny Witkacego, ale tego jeszcze wtedy nie wiedziałam). Wysoka, biała, otoczona krużgankami, ascetyczna i chłodna sala zamku. Na środku scena, gdzie Faust wadzi się i układa z Bogiem. Ciemne stroje, punktowe światło, poruszająca gra aktorów i odwieczne dylematy ludzi chcących przekroczyć granice poznania, za którymi jest już tylko wiara. Gdy z wybiciem przez zamkowy zegar północy Faust umarł i spektakl dobiegł końca wyszłam z przekonaniem, że pojawiło się w moim życiu coś nowego i ważnego. Teatr Witkacego. Gdybym mogła wtedy przewidzieć, w co się pakuję…

Przez pięć kolejnych lat studiów odwiedzałam Zakopane w każde wakacje. Poznałam dobrze budynek dawnego sanatorium doktora Chramca, wiele czasu spędziłam w kolejkach po bilety, jeszcze więcej w tłumku tych, którym wejściówek nie udało się dostać i czekali pod drzwiami na odruch litości – najczęściej z pozytywnym skutkiem. Była to też niezła okazja, by zamienić parę słów z witającymi gości aktorami. A po przekroczeniu progu nieważne stawało się to, że po górskich wędrówkach bolą nogi a miejsca siedzącego nie ma już nawet na poduszce. Kolejne spektakle odsłaniały nowe, czasem zupełnie nieznane przestrzenie i wymiary. Wielki Teatr Świata – zaskakujące połączenie alegorycznego dramatu Calderona z wierszami xiędza Baki; Jak wam się podoba, czyli Szekspir daleki od schematu, bez obowiązkowych wydawałoby się kostiumów „z epoki”; surrealistyczny i doprowadzający do spazmów śmiechu Cabaret Voltaire (do dziś zdarza mi się wyrażać gwałtowne uczucia słowami „mandarynka hiszpańska i biel tytanowa, ja się zabiję Magdo Magdaleno!”); kameralne i przejmujące misterium Sic et Non, gdzie głębokie emocje para aktorów przekazywała niemal w bezruchu a jednak z niezwykłą ekspresją, podkreślaną światłem; pięknie wyśpiewana i zatańczona poezja E.E.Cummingsa w If I, Benedictus, Moliere….
Sięgam do notatek z tamtych czasów, wracają wspomnienia. Wyjazdy do Zakopanego ze znajomymi, czasem z rodziną, wszyscy już przyzwyczajeni, ze z każdej wycieczki w góry wracam wcześniej, bo przecież muszę zdążyć do teatru. Nie szkodzi, że to trzeci raz w tym tygodniu a ten spektakl już widziałam rok temu. I dwa lata temu też. Pani w kasie na mój widok wyczarowuje jakąś wejściówkę, a jeżeli nie, to czasem i sam Szef spojrzy łaskawym okiem na wiernego widza. I znowu jestem w magicznym foyer z herbatą Dilmah ratującą życie, bo na posiłek czasu już nie wystarczyło… Przedstawienia ważne i poważne, niektóre nie do końca zrozumiane, obejrzane tylko raz, bo szybko zniknęły z repertuaru i pozostał po nich we mnie jedynie nastrój, czasem jakieś zdanie, obraz czy uparcie powracające skojarzenie. I te zapamiętane na długo, oprócz wymienionych już wcześniej na pewno Sonata b., Wariat i Zakonnica, Próba Ognia, Dżuma, Katzenjammer. I te lżejsze, przeznaczone dla wakacyjnej publiczności – Samotny Wieczór, Bóg wg Woody Allena, Ratuj się, kto może. I jeszcze seria „autotematyczna”, możliwa tylko w tym „zakątku kiszki ślepej”: Na przełęczy, Witkacy-Appendix, Dementia praecox zakopianiensis, Człapówki-Zakopane.

Kiedy dobre studenckie czasy się skończyły wyprawy do Zakopanego stały się rzadsze, bo ze Szczecina jest jednak daleko a wakacji brak. Na szczęście Teatr Witkacego zagościł jeszcze kilkakrotnie w moim mieście. A latem 2008 sprawdzając repertuar i widząc w nim grane w jednym tygodniu Caligulę, Medeę i Człapówki-Zakopane podjęłam szybką decyzję o krótkim rodzinnym urlopie w górach. Przede wszystkim dla Caliguli, bo na ten spektakl przez lata całe jakoś nie mogłam trafić i obawiałam się, że zejdzie wkrótce z repertuaru a chyba bym go nie odżałowała... I rzeczywiście warto było, ten wieczór (i następny kilka lat później, bo na szczęście jest grany nadal) ciągle pozostają w mojej pamięci.
Odkryłam też uroki Tatr w lutym i urodzin na Chramcówkach. Scenariusz jest przeważnie taki sam – najpierw telefon do teatru, gdzie dowiaduje się, że… jeszcze nic nie wiadomo na pewno. Mniej więcej po tygodniu drugi telefon i oto… bilety wyprzedane. Przyjeżdżam jednak, na miejscu szczęśliwie okazuje się, ze coś zostało z rezerwacji, ktoś potwierdził zaproszenie a jednak nie dotarł albo po prostu ściany teatralnej sali są jednak bardziej rozciągliwe niż mogłoby się wydawać i mogę skosztować kolejnego tortu (najpierw owocowego, potem już z Samanty), obejrzeć koncerty, na które pewnie bym się nie wybrała a warto – Mirosława Czyżykiewicza, Raz Dwa Trzy, Lao Che czy Jaromira Nohavicy, przeżyć szalone niespodzianki, kiedy wydarzyć się może wszystko – zwariowana aktorska etiuda, mini koncert rockowy, występ zespołu administracyjno-technicznego, wspólne tańce i co tylko wyobraźnia podpowie. No i wyczekiwane premiery – Sonata Widm na jedenastych urodzinach, Tartuffe na dwunastych, na czternastych Mistrz i Małgorzata, od zawsze ukochana lektura, na tej właśnie scenie! Na szesnastych niezapomniana Czarodziejska Góra, Bal w Operze, Dzień dobry Państwu – Witkacy – spektakl, który idealnie trafił w swój czas, o przerażającej wprost sile rażenia….
Mniej więcej w tym miejscu kończył się wspomnieniowy tekst, który napisałam przed jubileuszem dwudziestopięciolecia Teatru. Potem pojechałam do Zakopanego, jak zwykle bez biletu, (bo wstęp był tylko za zaproszeniami) i… jak zwykle się udało. To wtedy właśnie Andrzej Dziuk zaprezentował nową wersję Sonaty b. zrealizowaną ze studentami krakowskiej PWST. Pierwszą Sonatę, jeden z najważniejszych spektakli Teatru Witkacego, widziałam kilkakrotnie, także w TV, teraz patrzyłam na ten tekst oczami zupełnie innego pokolenia aktorów, którzy mierzyli się z pytaniami o rolę artysty i granice sztuki. A rok później miałam okazję zabrać do Teatru Witkacego zupełnie nowe pokolenie (mam nadzieję!) widzów – na 26 urodzinach była ze mną po raz pierwszy moja córka. Bardzo podobała jej się Pieśń nad Pieśniami, potem zasnęła wprawdzie na krześle pod koniec wieczoru ciągnącego się długo w noc, ale to chyba można wybaczyć – miała wtedy dziewięć lat. Od tamtej pory była w Teatrze dwukrotnie i myślę, że i ona będzie chciała wracać na Chramcówki.

Ćwierćwiecze istnienia (Ćwierć wieku, człowieku, jak pięknie to brzmi!) Teatr obchodził pozbawiony swojej podstawowej dużej sceny, której remont, przedłużający się niemiłosiernie zakończył się wreszcie w 2013 roku tworząc kolejną okazję do świętowania. Już pierwsze przedstawienie na nowej Scenie Witkacego pozwalało zobaczyć jej ogromne możliwości. Udało mi się też zajrzeć w rejony zwykle niedostępne – na zaplecze sceny. Ale nowoczesna technika sama przecież nie zagra, a Na niby – naprawdę pozostaje na długo w głowach i sercach widzów dzięki temu, co i jak opowiada… Nakładające się kolejne warstwy i piętra tekstu, niektóre dalekie od oryginału nie dają się łatwo rozwikłać, chciałoby się zobaczyć ten spektakl raz jeszcze i kolejny raz.

Wspomnień związanych z Teatrem Witkacego mam mnóstwo, pamiętam otwarcie kawiarni – Małej Sceny im. Atanazego Bazakbala, potem jej rozbudowę poprzez zadaszenie i oszklenie tarasu, gdzie powstało eleganckie foyer, pamiętam pierwszą kasę – okienko obok drzwi wejściowych, skąd zwykle uśmiechał się któryś z członków zespołu, kolejne demoniczne freski na ścianach. Charakterystyczny zapach fajki palonej przez Szefa. No i najważniejsze – Zespół, przez wielkie Z. Tych, którzy są na Chramcówkach od trzydziestu lat, tych, którzy byli tam od początku i rozpierzchli się po świecie (i niestety po wszechświecie…), tych, którzy pojawili się później i pozostali na dłużej lub krócej. Niemal każdego kojarzę z jakąś konkretną rolą, wydobyte z zakamarków pamięci nazwisko przywołuje jakiś dawno obejrzany spektakl. Ten teatr, choć fizycznie oddalony towarzyszy mi całe dorosłe życie, uczynił je piękniejszym a mnie mądrzejszą.

Dziękuję za to Wam wszystkim!
Beata 

 

Fundacja Witkacy powstała, aby wspierać Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Jej główne działania to: